Tym utworem przed dwoma laty zaczął się wspaniały koncert na stadionie chorzowskim.
Środa 13. czerwca 2007.
Pearl Jam zagrał energetycznie, hipnotyzująco i porwał widownie…
ja też tam byłem.
Tym utworem przed dwoma laty zaczął się wspaniały koncert na stadionie chorzowskim.
Środa 13. czerwca 2007.
Pearl Jam zagrał energetycznie, hipnotyzująco i porwał widownie…
ja też tam byłem.
Albo niektórzy mają szczęście.
Wiosna od zawsze pachniała życiem, smakowała radością. Wiosna to ukwiecone drzewa, zielone trawniki, brzęczenie pszczół w kielicha irysów i lilii. Wiosna sprawa, że chce się tańczyć i śmiać. Chce się iść z kimś bliskim za ręke, albo doświadczyć coś niezapomninanego.
Wiosną przypominają się matury i poczucie mocy, które temu towarzyszyło. Uczucie, że oto nareszcie świat stoi otworem…
Czasem młodość można posmakować wraz z muzyką…
Lata dziewięćdziesiąte wciąż działają na mnie jak red bull.
Nie znalazłem się w Warszawie w maju 2008 roku. Nie trafiłem na wiele koncertów, które chciałbym przeżyć. Z przyjemnością jednak w zaciszu domowym słucham tego, co mnie ominęło. Również występu PJ Harvey…
Czasem przy domowych porządkach znajduje się stary list. Wtedy ciekawość nakazuje go przeczytać. Pozwala to niejednokrotnie wrócić do minionych dni. Ale też zdarza się, że słowa brzmią, jak obca nuta. Nie wiadomo właściwie czego to dotyczy; co te słowa znaczyły dla mnie w tamtej chwili? Dlaczego uważałem je za ważne? Został list – odnaleziony, lecz wciąż zagubiony…
Tak jest z tym utworem…
Szukałem Egona Erwina Kischa. Znalazłem to.
Odkrycie na miarę człowieka z ery Gutenberga w świecie postintustrialnym, znaczy żadne wielkie odkrycie. Jedynie nowa (tylko dla mnie) funkcja na tym blogu.
Oto teraz mogę wstawić notki z wyprzedzeniem.Wystarczy tylko ustawić datę publikacji i, mimo nieobecności, codziennie coś się pokaże. Prawda, obecnie kuruję się w domu, ale co szkodzi spróbować. Trochę muzycznych propozycji czai się w zakamarkach mego dysku.
Kilka najbliższych notek wstawione zostanie poprzez ten wehikuł czasu. Dziś to piszę, a pokaże się za dzień, dwa, trzy – z opóźnieniem – jak tradycyjny list.
Zresztą kiedy będzie ta notka? Nie można być już pewnym dnia, ani godziny… lecz czy tym wybiegiem sam siebie za jakiś czas nie oszukam?
Za lat kilka uwierzę, że pisałem to w dniu, kiedy notka znalazał się na witrynie blogu, co będzie złudzeniem…
A może to nie złudzenie? Może to prawda, a może nie będzie to mieć znaczenia, a zatem będzie mogło być uznane za prawdę? Czyż słowo, które powszechnie za prawdę jest przyjmowane, nie staje się nią?
…
Uważam, że Czaka to marzyciel, jak wszyscy wielcy ludzie;
jego imperium zostało już wcześniej stworzone w jego głowie.
Porucznik Francis Farewell
Porucznik Farewell to postać historyczna, choć same słowa pochodzą z serialu o wodzu z Kwa Zulu. Pewnie gdyby nie jego wyprawa do Natalu, nie mielibyśmy dziś tak wielu informacji o twórcy potęgi Zulusów, królu Czace.
Gdyby nie Czaka (Shaka), pewnie dziś nikt by nie słuszał o ludzie Zulu, a nazwa ta znaczy raj. Takie imię dostał ledendarny ojciec narodu, który prawdopodobnie żył w XVII wieku. Raj, gdyż tym wydawał się przybyszom (z rodziny językowej bantu) z północnej Afryki ich nowy kraj, bogaty w rzeki i strumienie, pełen lasów, gdzie drzewa kwitły karmazynowymi kwiatami, a doliny i zielone wzgórza roiły się od antylop i innych dzikich zwierząt.
Ta ziemia mleka i miodu zamieniła się w krainę strachu i łez, kiedy Zulus Czaka został wodzem. Urodzony około 1787 roku, syn wodza Senzangakona, został wygnany wraz z matką, by po długiej tułaczce znaleźć opiekę u wodza Dingiswayo, z plemienia Mtetwa. Także dzięki jego pomocy odzyskał ojcowiznę. W wyniku 12 letnich rządów, które charakteryzowały się podbojem, uczynił największe imperium w Południowej Afryce. Ale też przelał rzeki krwi. Rozpacz po śmierci matki uwidoczniła się w nieludzkich prawach: zakazie picia mleka, uprawy roli i pożycia małżeńskiego. Tych, którzy naruszyli te prawa, czekała śmierć. Niecały rok po śmierci rodzicielki Czaka został zamordowany przez przyrodnich braci – było to 22 września 1828 roku.
Królestwo Zulusów, które stworzył przez pół wieku stawiało opór Burom oraz Brytyjczykom, zadając im wiele porażek, zanim uległo przewadze technologicznej kolonizatorów w 1879roku.
Właściwie bardziej to historia niż etnologia. Wszak nie sposób sobie dziś wyobrazić kultury kwa Zulu Natal bez tej osoby. Jest w pieśniach swego ludu, jest w nazwach miejsc i rzek, które nadawał podobnie jak inni wielcy władcy. Z jego panowaniem narodziła się świadomość i duma z bycia Zulusem… to z pewnością pomogło przetrwać apartheid.
Piosenka, którą już nie raz słyszałem w radiu (pewnie też w niejednym). Podoba mi się ten głos i spora porcja energii.