Nie, nie chodzi o muzykę, której słucham w dziczy. Chodzi o dzisiejszą moją pracę, czyli pisanie eseju o autorytetach. Sam temat rozważań przypomniał mi o tym utworze Pink Floyd.
Nie, nie chodzi o muzykę, której słucham w dziczy. Chodzi o dzisiejszą moją pracę, czyli pisanie eseju o autorytetach. Sam temat rozważań przypomniał mi o tym utworze Pink Floyd.
I pojechał. W sobotnie popołudnie na trasie Kołobrzeg – Kraków. Ostatni wagon – pomarańczowy – jakby z inne bajki; z miejscem na rowery. Wagon, w którym się poznaliśmy. Przedziały bez luster, a może naszymi odbiciami byli ludzie z drugiej strony? Wspólna przestrzeń, którą wypełniała muzyka. Momentami śmieszna, momentami poważna, ale trzech młodych mężczyzn całkiem dobrze się przy niej bawiło. Nie wiem dokładnie, czy świętowali zakończenie nauki (studiów?), czy może służby wojskowej, ale chyba nie wyjścia z więzienia? Choć regularnie, jak stukot stalowych kopyt o szyny, powracał utwór w wykonaniu Strachów na Lachy.
Życie nie raz rządzi się przypadkiem. A często też się okazuje, że przypadek prowadzi pod właściwie drzwi… i tak też było z tą odpowiedzią:)
W przeciwieństwie do miast, w dziczy niebo wygląda wspaniale. A ja lubię podziwiać szczególnie te zimowe gwazdozbiory z moim ulubionym: Orionem. Około dwudziestej drugiej widać tego mitologicznego wojownika po południowej stronie nieba. Twarzą w twarz z bykiem. A za zodiakalnym bykiem kryją się Plejady, które syn Posejdona wciąż goni. Zaś w ślad za Orionem podąża pies – najjaśniejsza gwiazda nieba – Syriusz.
Oto: zimowe niebo.
A to muzyka… ciekawe, czy inspirowałych ich gwiazdy, czy mity?